Październikowa Krutynia.

„W dół od Wojnowa, po minięciu Starej Ukty, położonej o trzy kilometry niżej, zaczyna się partja, którą niemieckie przewodniki określają jako mniej piękną” pisze Wańkowicz w „Na tropach Smętka”. W krótkie październikowe dni nie zdołaliśmy dotrzeć do tego brzydszego fragmentu. Już po wypłynięciu z krutyńskiego rezerwatu, znacznie wcześniej niż zakładały stare przewodniki, można się było się zdecydowanie mniej pięknym, a tak naprawdę zwyczajnie brzydkim odcinkiem napawać do woli.

Czytaj dalej

Wolna wola

Fresk wygnanie z rajuZostaliśmy wygnani z raju, bo Ewa pozwoliła sobie na zbyt dużo wolnej woli.  Zeżarła jabłko, jabłko, którego zeżreć jej nie było wolno. Jagna  folgowała sobie z wolną wolą do czasu, aż zaczęła przeginać z Jasiem. Nic dziwnego, że koledzy Jasia tak dziś wkurzają się dziś na gender i tęczę, wiedzą, jak wiedział  Fiodor Michajłowicz, jakim problem jest wolna wola i jak to się paskudnie kończy, zupełnie tak jak już współczesna praktycznie historia ćpuna i weterana z Iraku, opisana w  „Świeżym” Nico Walkera. Czytaj dalej

O Mazurach jakich (chyba) nie znacie.

O Panasie dowiedziałem się później. Najpierw usłyszałem o tym jak mały Heini o mały włos nie został rozjechany w oblężonym Königsbergu. Wyruszył zobaczyć rannych żołnierzy,  ale do nich nie dotarł. Zamurowały go wcześniej jęki, które usłyszał już z ulicy. Wyobraziłem sobie 5 letniego chłopca, który stoi porażony tymi dźwiękami. W ostatniej chwili zabiera go ktoś sprzed pędzącej, wojskowej ciężarówki.

Z tej opowieści zapamiętałem jeszcze marsz po zamarzniętym Zalewie Wiślanym. Z przodu furmanek wypędzonych, szli ludzie z drągami, badając lód tu i ówdzie zbyt cienki na zamarzniętych śladach po rosyjskich bombach. Wypędzonych, bo nikt ich nie pytał, czy chcą uciekać z domów nad Jeziorem Dobskim. Czytaj dalej

Si vis pacem para bellum

Szwejk

Gdy zwiedzałem muzeum o powstaniu, nie dotarłem do salki poświęconej setkom tysięcy zamordowanych cywilów. Umęczony dokładnym studiowaniem przykładów bohaterstwa, nie dałem rady. Zaciągnęła mnie do niej za rękę zbulwersowana koleżanka, pracująca na miejscu.

Do Szwejka, dzieciaki zmordowane historiami o niewiele starszych rówieśnikach, traktowanych jak kamienie rzucane na szaniec, nie mają szans dotrzeć, zresztą Szwejk nie ma szans na znalezienie się w wykazie lektur. Zapnijcie pasy. Czytaj dalej

Enderowi uciekł piątek z kalendarza.

Dla ludzi, którzy przez całe życie obcowali z psem czy szympansem bonobo, moje refleksje będą nad wyraz banalne. Mnie zamiast psa do bloku rodzice kupili stadko gupików, babcia na wsi trzymała psa na łańcuchu więc wyrosłem w prawdziwie katolickiej wizji świata: człowiek to człowiek a zwierzę to zwierzę. A tu bach. Enderowi uciekł piątek z kalendarza. Czytaj dalej

Jak Prus nie został leśnikiem.

Prus, śledztwo biograficzne, Monika Piątkowska.

Wczoraj wieczorem prywatna korporacja wystrzeliła ludzi na orbitę. Inna prywatna korporacja zna nas lepiej niż my sami. Wie, kiedy będziemy mieli dziecko, zanim powie nam to własną żona. Kataloguje nasze wspomnienia i dzieli się nimi z nami kiedy jej przyjdzie na to ochota. Żyjemy w czasach o których jeszcze niedawno można było tylko czytać w lepszych lub gorszych powieściach SF.

Czytaj dalej

Pazerność popłaca!

Chór Zapomnianych Głosów, Remigiusz MrózOdkąd pamiętam dostawałem w prezencie książki. Mam schowanego „Króla Niespałka” z dedykacją „wzorowemu uczniowi kl. IB” i „Żołnierzyka” Goszczurnego, którego w wieku ośmiu lat dostałem od rodziców z wykaligrafowaną przez mamę dedykacją. Zmyliło ich trochę zdrobnienie w tytule i bajkowa okładka, książka o perypetiach młodego żołnierza, zdecydowanie nie była adresowana dla dzieci. Małą paczkę z „Chórem zapomnianych głosów” Remigiusza Mroza znalazłem na oknie. Listonosz nie zdołał jej upchać w skrzynce na listy.

Czytaj dalej

Nigdzie nie uciekniesz.

Wszyscy pamiętamy Guernicę czy obłąkane portery kobiet z dwoma nosami. W muzeum  moją uwagę zwróciły jego proste, rysowane praktycznie jedną kreską rysunki. Byk, ptak, torerro, koń, proste do ostateczności. „Bieguni” Noblistki są w jakimś sensie podobni, tylko jakby à rebours: z pozornego nadmiaru na pozór bezładnych kresek i plam, wyziera arcydzieło.

Do chłodnego muzeum wszedłem z rozgrzanych jak piece kaflowe kamiennych ulic Malagi. Nie miałem zakurzonych butów ani znoszonego plecaka. To była akurat pierwsza w życiu organizowana przez biuro podróży wycieczka. Czytaj dalej